Tag Archives: PRL

Jan Krzysztof Kelus zapomniany bard opozycji

Jan Krzysztof Kelus w latach siedemdziesiątych śpiewał dla rodzącej się opozycji. Dziś domaga się od TVP zapłaty za prawa autorskie do jego piosenki – „[…] w kwocie równej średniemu miesięcznemu świadczeniu emerytalnemu pobieranemu przez FUNKCJONARIUSZA byłej SŁUŻBY BEZPIECZEŃSTWA wynoszącej 2558 zł brutto”.

W młodości JKK często odwiedzał ambasadę USA w Warszawie. Żeby podszkolić swój angielski wypożyczał stamtąd książki oraz płyty z amerykańskim folkiem. Szczególnie zafascynowały go piosenki Woody’ego Guthrie. Wokal Amerykanina i jego gra na gitarze były delikatnie mówiąc dalekie od wirtuozerii, liczyły się wyśpiewywane historie. U Kelusa  miało być podobnie, kiedy później podczas żeglugi po mazurach i wielu wędrówek po górach  zaczął sam pogrywać z nudów na gitarze.

Do 1968 roku nie angażował się w politykę po żadnej stronie. Wydarzenia marcowe zaczęły się dla niego podczas jednego z wyjazdów w Tatry. Bezpieka wzmogła działalność w całym kraju, a przybysz z Warszawy sprawiał podejrzane wrażenie uciekiniera. Po powrocie przerażony antysemicką nagonką, której ofiarami padali jego znajomi napisał anonimowo ulotkę zatytułowaną: „Faszyzm nie przejdzie”. Kelus wzywał do oporu, interpretował zaistniałą sytuację jako próbę powrotu aparatu bezpieczeństwa do metod stalinizmu. Wkrótce potem wraz z kilkoma koleżankami, został aresztowany na 48 godzin. Aby uniknąć procesu, a  w konsekwencji więzienia, po warunkowym zwolnieniu cała grupa uciekła z Warszawy. Najbliższe siedem miesięcy spędzili w schronisku górskim. Rozważali możliwość ucieczki przez zieloną granicę. Jednak z czasem represje ustały i mogli w miarę bezpiecznie wrócić do stolicy.

Niedługo potem Kelus znany w środowisku „Taterników”, otrzymał propozycję przemycania przez góry książek wydawanych przez paryską „Kulturę”. Proceder opierał się na następującej formule: celem jednej grupy było zdobycie szczytu od strony czechosłowackiej i zostawienie w umówionym miejscu paczki z książkami; druga ekipa odbierała przesyłkę od strony polskiej. Kanał przerzutowy działał w obie strony, z Polski wynoszono materiały przeznaczone do publikacji na zachodzie. Oprócz literatury była to dokumentacja pomarcowa w stylu Kelusowej ulotki. Udało się przemycić tylko kilka transportów, do czasu gdy aktywność „Taterników” została wykryta przez władze. Aresztowano około trzydziestu osób z czego pięć stanęło przed sądem. W górach działali najczęściej w dwuosobowych zespołach, partnerem Kelusa był Maciej Włodek, wnuk Jarosława Iwaszkiewicza, ówczesnego prezesa Związku Literatów Polskich. Prawdopodobnie dzięki temu nie znaleźli się w głównym nurcie sprawy, ale toczono przeciwko nim osobne śledztwo.  Na mocy amnestii śledztwo wobec nich umorzono po dziewięciu miesiącach. Sądzona część grupy dostała wyroki od 3 do 5 lat.

Nastała dekada Gierka. Początkowa poprawa sytuacji materialnej w kraju, opłacona zachodnimi kredytami utrzymała się tylko kilka lat. W lipcu 1976 roku zapadły pierwsze wyroki w procesach uczestników zamieszek w Radomiu i Ursusie. Część inteligencji oprócz wystosowania publicznych protestów, zorganizowała dla represjonowanych pomoc finansową i prawną. Wśród kurierów KOR-u, którzy jeździli z pieniędzmi do Radomia, znaleźli się JKK oraz jego żona Urszula Sikorska. O tym epizodzie opowiadał w piosence Szosa E7.

Czerwony Radom pamiętam siny

Jak zbite pałką ludzkie plecy

Szosę E7 na dworcach gliny

Jakieś pieniądze jakieś adresy

Czerwiec nas zastał z dala od miasta

Jesienią Konrad już na nas czekał

Pierwsze pieniądze właśnie zebrano

Pojechaliśmy – ktoś musiał jechać.

Po amnestii w lipcu 1977 roku w KOR-ze powstało Biuro Interwencyjne, zajmujące się łamaniem prawa przez milicję oraz SB. Kelus został jednym ze współpracowników Biura, na którego czele stał Zbigniew Romaszewski.  Zaczął też występować ze swoim repertuarem w  opozycyjnych salonach kulturalnych. Przed jednym z występów wpadł na pomysł, żeby pojawić się na wieczorku z pakietem nagranych własnym sumptem kaset. Przyniósł sto sztuk, i ku jego wielkiemu zdziwieniu sprzedał wszystkie. W sumie wyprodukował wraz z zoną 1000 egzemplarzy „albumu” Piosenki ze starej kasety. Na końcu kaset zamieszczał następującą formułkę:

Jako niezależny twórca działający poza państwowym monopolem rozrywkowym zastrzegam prawa autorskie do zawartych na niniejszej kasecie utworów. […] Wyrażam zgodę na kopiowanie kasety pod warunkiem wpłacenia tantiem w wysokości 100 zł lub 10 dolarów poza krajem od jednej kopii […]. Jeśli przekazanie tantiem, […] okaże się dla kogoś niemożliwe proszę o przekazanie ich równowartości na pomoc osobom represjonowanym lub na cele kultury niezależnej. 

Dalej artysta podawał swój adres. Tekst doskonale wpisywał się filozofię jawności KOR-u. Później podczas stanu wojennego, słuchacze przyzwyczajeni do anonimowości podziemnych twórców otrzymywali świadectwo sporej odwagi.  Dowodem uznania były przekazy na sumy często większe niż wskazywane przez autora. Ograniczenia cenzury po prostu znikały, niestety na bardzo ograniczoną skalę.

Ostatni publiczny występ JKK odbył się w Białymstoku tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego , gdzie zagrał dla strajkujących studentów. W nocy z 12 na 13 grudnia wrócił do Warszawy. Przeczucie jego żony, uratowało ich wtedy przed aresztowaniem. Opuścili mieszkanie na pięć minut przed przyjściem funkcjonariuszy SB. Rozpoczął się okres ukrywania. W pierwszej audycji zorganizowanego przez Zbigniewa Romaszewskiego radia „Solidarność”, znalazła się piosenka anonimowego autora Ostatnia szychta na KWK „Piast” w wykonaniu Kelusa. Bez trudu zidentyfikowano głos wykonawcy, a SB wyjątkowo zaciekle starała się unicestwić radio.  Na początku lata 1982 roku JKK został schwytany w czasie próby odebrania ukrytych maszyn do seryjnego kopiowania kaset magnetofonowych. Spędził cztery miesiące w Białołęce w celi razem z Henrykiem Wujcem i Januszem Onyszkiewiczem. Tam napisał swoje ostatnie opublikowane piosenki, które jak sam opowiadał później: „przestały do niego przychodzić”. Do końca lat osiemdziesiątych prowadził wraz z żoną pasiekę. W wolnej Polsce nigdy nie dał się namówić na występ.

W 2011 roku na zlecenie telewizji publicznej wyprodukowano program rocznicowy o Czerwcu 1976 roku. Kelus zgodził się na umieszczenie w nim piosenki Szosa E7 pod warunkiem zamieszczenia w umowie licencyjnej formuły o wynagrodzeniu w równowartości emerytury byłego funkcjonariusza SB. Prawnicy TVP stwierdzili, że tak sformułowanej umowy nie mogą przyjąć, a honorarium nie zostało wypłacone.  Autor cały czas pozostaje „poza państwowym monopolem”.

Wiedzę czerpałem z:

Jan Krzysztof Kelus, Wojciech Staszewski, Był raz dobry świat, Warszawa 1999.

Krzysztof Gajda, Poza państwowym monopolem – Jan Krzysztof Kelus, Poznań 1998.

http://blogpress.pl/node/10865

Reklamy
Otagowane , ,

Pomarańczowa Alternatywa czyli jak krasnoludki rozbroiły komunizm

Orange Alternative (Pomarańczowa Alternatywa) ...

Na komisji wojskowej Waldemar Fydrych stawił się w mundurze majora i chociaż nie miał ochoty na wczasy w koszarach, manifestował szalony entuzjazm dla zaszczytnej służby w armii. Przedpoborowy został wzięty za pomylonego i nie otrzymał powołania. W tym szaleństwie była metoda.

Podczas karnawału Solidarności wśród wielu nowych organizacji, pojawiła się we Wrocławiu niewielka grupa hippisującej młodzieży, która obwołała się Ruchem Młodej Kultury. Niebawem światło dzienne ujrzało dzieło fundamentalne z perspektywy teoretycznych podstaw Ruchu – „Manifest Surrealizmu Socjalistycznego”. Napisany przez Majora Fydrycha wyznaczał kierunek, którym miała podążyć awangarda ludzkości: […] Czytelniku świat stoi przed Tobą otworem. Np. byłskotliwa kariera maszyny do szycia mundurków dla przedszkolaków. Każdy wykształcony rozum sięgnie po dostępne środki. Czyż nie jest ukoronowaniem szczęścia być mechanizmem wielkiej maszyny kosmicznej. Polecam. Każda inna celowa droga wzbroniona […].

Ludzie skupieni w RMN szli w poprzek wszystkiego i szybko popadli w konflikt z opozycyjnym Niezależnym Zrzeszeniem Studentów działającym na Uniwersytecie Wrocławskim. Jedną z przyczyn nieporozumienia było pisemko zatytułowane „Pomarańczowa Alternatywa” na którego pierwszej stronie zamieszczono hasło: „WSZYSCY PROLETARIUSZE – BĄDŹCIE PIĘKNI”. NZS stwierdził, że zawarte w nim treści nie licują z powagą strajku studenckiego, który ówcześnie miał miejsce. Kiedy w czasie tego samego strajku pod gmach filozofii uniwersytetu zajechały ekipy porządkowe by zamalować znajdujące się na fasadzie  plakaty, z okien wychylili się studenci śpiewając „Międzynarodówkę” i błyskając fleszami aparatów fotograficznych zmusili malarzy do wycofania się. Protestujący mieli jeszcze w odwodzie rzutnik ze slajdem Mona Lizy, który o mało nie został użyty. Prawda, że nietypowe metody?

Po wprowadzeniu stanu wojennego Ruch Nowej Kultury przemianował się na Wojskową Akademię Artystyczną. Komendantem-Rektorem został Fydrych noszący już zaszczytny tytuł Komendanta Twierdzy Wrocław. Grupa zeszła do podziemia i wzięła na cel mury. Czerpiąc z myśli Hegla i Marksa urodzili krasnoludka. Przynajmniej tak zeznał milicji przyłapany na malowaniu tych stworzeń Fydrych. Antyrządowe napisy na murach – czyli tezę – władza nakazywała skrupulatnie zamalowywać pokrywając miasto szarymi plamami – a więc antytezą. I tak syntezą walki władzy ze społeczeństwem został krasnoludek z kwiatkiem w ręku. A ponieważ w dialektyce ilość przeradza się w jakość, im więcej skrzatów tym lepiej. Katedra Malarstwa Taktycznego przygotowywała grunt pod nową rewolucję społeczną. Krasnoludki zaczęły pojawiać się w miastach całej Polski.

Prawdziwa lawina ruszyła w 1987 roku. Pomarańczowa Alternatywa nakręcała rewolucję – krasnale miały wyjść na ulicę. Ulotka agitacyjna informowała, że 1 czerwca to: Dzień spotkania dzieci z międzynarodowym ruchem komunistycznym oraz że […] krasnoludek czyli krasny, znaczy czerwony od czapek ludek, albo inaczej ludek chodzący w czerwonych czapkach stanowi bardzo aktualny problem światowy i lokalny. W oznaczonym czasie na ulicy Świdnickiej we Wrocławiu pojawił się pochód przystrojony czerwone czapeczki, wznosząc okrzyki: „Krasnoludki są na świecie”, „My jesteśmy krasnale” i „Nie ma wolności bez krasnoludków”. Interweniująca milicja została poczęstowana cukierkami. Funkcjonariusze mogli czuć się nieswojo pakując do suk krasnoludki śpiewające przedszkolne piosenki przy wtórze histerycznie płaczących dzieci, które wraz z uspokajającymi je rodzicami były przypadkowymi świadkami tego wydarzenia. Kiedy aresztowano przybranego papierem toaletowym wielkiego misia w czarnych okularach tłum zaczął skandować „Zamknąć misia Puchatka!”. Rok później krasnoludków było już ponad dziesięć tysięcy.

Papier toaletowy, najmłodsza generacja papieru, wprawdzie nie służy powiększaniu się Piramid, jednak może spowodować upadek niejednego Imperium. W dzisiejszych czasach surrealizmu socjalistycznego, który opanowuje cały świat, papier toaletowy to protokół dyplomatyczny, jest białym krukiem polskiej higieny – informowała ulotka z zaproszeniem na happening „Kto się boi papieru toaletowego?”. I tym razem milicja zaczęła zatrzymywać uczestników rozdających przechodniom skrawki papieru toaletowego. Nie ustrzegli się również przypadkowi przechodnie niosący swoje prywatne rolki deficytowego towaru. Posiadanie sraj-taśmy okazało się wykroczeniem przeciw porządkowi PRL. Ale to był tylko etap.

Na wigilię 70-tej rocznicy Rewolucji Październikowej Rada Komisarzy Ludowych Pomarańczowej Alternatywy przygotowała swoje opus magnumПРАВДА nas wyzwoli Towarzysze!!! Dzień wybuchu Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Październikowej jest dniem Wielkiego Wydarzenia. Obecnie Święto nie ma swojej wigilii. Towarzysze, czas przełamać bierność mas ludowych! […] Towarzyszu, ubierz się odświętnie, na czerwono. Załóż czerwone buty, czerwoną czapkę, szalik. […] SPOTKAJMY SIĘ TOWARZYSZE NA WIECU KU CZCI REWOLUCJI!!! IDEA I PRAKTYKA LENINA I TROCKIEGO WIECZNIE ŻYWA!!! […] Przyprowadź swego psa – o godz. 16.15 pod zegarem odbędzie się wystawa psów rasowych i nierasowych pod hasłem „Psy na rzecz rewolucji”. […] Wydarzenie rozpoczął nie kto inny, jak tekturowy pancernik „Potiomkin”. Chluba floty czarnomorskiej została szybko otoczona przez milicję. Marynarzy wywleczono do radiowozu gdzie dostali lanie. Z odsieczą aresztowanym przyszli towarzysze z garnizonu Kronsztad. Milicja zablokowała ulicę i obstawiła okoliczne budynki, także bar „Barbara” czyli „Pałac Zimowy”, w którym wedle ulotkowej zapowiedzi miał być podany wigilijny barszcz czerwony. Służby porządkowe dokonały również abordażu na nadpływający krążownik „Aurora”. Po chwili z autobusu miejskiego wysypał się proletariat z okrzykami „RE-WO-LU-CJA” na ustach. Na koszulkach napisy: „Będę więcej pracować”, „Jutro będzie lepiej” rozwinięto transparenty „Żądamy rehabilitacji Lwa Trockiego – twórcy Armii Czerwonej” i „Żądamy ośmiogodzinnego dnia pracy dla Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych”. Zdezorientowana milicja nie wiedziała kogo zatrzymywać: psa z czerwoną kokardą, ludzi z transparentami, czerwonych towarzyszy biegających z gwizdkami czy murzyna w czerwonym berecie zmierzającego w stronę Rynku. To wszystko w niecałe dwadzieścia minut, ale to nie był koniec. Z tramwaju wyskoczyli kolędnicy z transparentem „Barszcz czerwony” i czerwoną gwiazdą na kiju, oprócz nich na ulicę Świdnicką galopem wkroczyła konarmia Budionnego.  Około godziny 17.00 otwarto „Barbarę”, niestety barszcz wycofano ze sprzedaży. Niedługo potem niedobitki rewolucjonistów zamknęła milicja.

Tak mniej więcej wyglądał ten pamiętny dzień w relacji Majora Fydrycha. Historia zatoczyła koło. Oto siły porządkowe broniące władzy wyznającej oficjalnie pryncypia marksizmu-leninizmu rozpędziły czerwoną manifestację. Żart rozbroił system.

Wiedzę czerpałem z:

Kenney Padraic, Rewolucyjny karnawał: Europa Środkowa 1989, Wrocław 2005.

http://www.muzeum.pomaranczowa-alternatywa.org/

Otagowane , , ,

Stanisław Bareja nieznany opozycjonista

Były czasy kiedy syn przedwojennego wędliniarza musiał zwracać się do Ministra Handlu Wewnętrznego o przydział „jagnięcej lub gęsiej kiszki” na potrzeby filmowych parówek. Parówek, które przeszły do historii jako „zniknięte”. Nasz bohater żył absurdem swojej epoki i przeciw niemu. Już jako dojrzały twórca został jednym z jej ważniejszych komentatorów.

Podczas studiów w łódzkiej filmówce Stanisław Bareja przyjaźnił się z kilkoma postaciami, które w przyszłości miały zyskać uznanie w polskiej kinematografii. Jedną z nich był Kazimierz Kutz. Po ukończeniu nauki Bareja dość szybko znalazł swoją drogę poświęcając się komedii, zaś jego kolega poszukiwał, stawiając na kino „społecznie zaangażowane”. Na „Męża swojej żony” i „Żonę dla Australijczyka” Barei, miałkie komedyjki dziś już trochę zapomniane, do kin poszły miliony widzów, natomiast dzieła Kutza, który „kino ambitne” odmieniał przez wszystkie przypadki nie nęciły publiki. Kiedy „kurdupel ze Śląska” – jak sam siebie opisał – stwierdził, że też ma predyspozycje do komedii, nakręcił „Upał” z plejadą polskich aktorów kabaretowych. Film przeszedł bez echa, a to już musiało wzbudzić zazdrość wobec starego przyjaciela. Pod koniec lat sześćdziesiątych na oficjalnym zebraniu z udziałem przedstawicieli władz kinematografii Kutz użył terminu bareizm jako etykietki dla tandetnych filmów robionych pod publiczkę. Etykieta którą bezlitośnie podchwyciło środowisko filmowe przywarła do Barei na wiele lat i dopiero „Miś” „zrehabilitował” reżysera w oczach specjalistów od kina. W latach 70-tych kiedy reżyser tworzył coraz ciekawsze obrazy zarzucano jego filmom „antysocjalistyczną wymowę, kłamstwa, brudną propagandę i nienawiść do klasy robotniczej”. Tacy to byli przyjaciele i specjaliści. Bareizm po latach stał się synonimem absurdu życia codziennego, absurdu wyłowionego okiem wprawnego obserwatora. W tym zwycięstwo Barei, niestety zza grobu.

Na szczęście nie jedyne. Jacek Kuroń wspominał następującą sytuację: lata siedemdziesiąte w kinie seans „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?”, cała sala wyje ze śmiechu,  po czym zapada cisza i nagle ktoś krzyczy: „Przecież z siebie się śmiejecie!” i znowu cisza. Bareja buntował się przeciw chamstwu, lizusostwu, cwaniactwu i głupocie. Te przywary towarzyszą ludziom jak świat światem. Reżyser „Misia” widział jednak, że komunizm stwarza dla nich cieplarniane warunki, w których rosną i stają się skrajnie nieznośne. Bareja powiedział kiedyś „ktoś kto się boi śmiechu boi się samego siebie”. Jego przeprawy z cenzurą przeszły do legendy. W scenariuszu każdego odcinka „Alternatyw 4” przygotowywanym do oceny cenzora specjalnie umieszczał dowcipy o Związku Sowieckim. Żaden z tych kawałów nie przetrwał kolaudacji, ale dzięki nim Bareja zyskiwał punkt przetargowy w negocjacjach i ratował wiele innych scen wypadających na tym tle łagodnie. Zabierając się wraz ze Stanisławem Tymem do napisania scenariusza „Misia”  stwierdził, że napiszą go tak jakby cenzury w ogóle nie było. Czuł że Gierek niedługo upadnie i nastąpi chwilowe rozprężenie podczas, którego film przejdzie nie pokaleczony przez władze martwiące się w takich momentach głównie o własne stołki. Bareja obstawiał marzec lub kwiecień 1980 roku. Pierwszy sekretarz przetrzymał jednak kilka miesięcy dłużej, a scenariusz dostał ponad 30 uwag cenzorskich. W ten sposób prezes Nowohucki został Ochódzkim, a Wujek Dobra Rada nie opowiedział dzieciom jak mimo, że przestępca złamał mu jedną rękę ujął go drugą.

Pod koniec lat 70-tych rozpoczął się konspiracyjny, mniej znany rozdział życia Stanisława Barei. Już wcześniej wracając ze służbowych podróży – między innymi paryskich zdjęć do „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” – przewoził przez granice w pudełkach na taśmę filmową dziesiątki kilogramów wydawanych na zachodzie książek. Tytuły takie jak „Cień Katynia” czy „Czarna księga cenzury w PRL” mówią same za siebie. W razie wpadki wszystko mogło się skończyć więzieniem. W styczniu 1978 w drzwiach Barei pojawił się Mirosław Chojecki organizator podziemnego wydawnictwa NOWA, któremu polecono ten adres – bez wymieniania nazwiska właściciela – na siedzibę nielegalnej drukarni. Uruchomienie drukarni w domku szeregowym było jednak zbyt niebezpieczne ze względu na wytwarzany hałas. Za to przez kolejne dziesięć lat w garażu reżysera pracował Tomasz Michalak obsługując dla NOWEJ ciemnię fotograficzną. Proceder odbywał się często przy otwartej furtce i uchylonych drzwiach od garażu, ponieważ Bareja wychodził z założenia, że w ten sposób żaden esbek nie nabierze podejrzeń. I miał rację! Podejrzeń nie nabrali również celnicy, którzy przepuścili rodzinę Barejów przez dwie granice z pięćdziesięciokilogramową maszyną drukarską zapakowaną na dachu małego fiata. Takie wyczyny były traktowane przez władze PRL na równi z przemytem broni. Po wprowadzeniu stanu wojennego reżyser napisał fałszywą odezwę rzekomej frakcji PZPR zbuntowanej przeciw „nacjonal-socjalizmowi”. Michalak kolportował ulotkę po Warszawie żeby zasiać zamęt w szeregach partyjnych. Wykorzystując doświadczenie z planu filmowego Bareja pomagał również w charakteryzacji najdłużej ukrywającemu się opozycjoniście – Zbigniewowi Bujakowi, którego udało się zatrzymać SB dopiero w 1986 roku. Okrzyk „Aresztowali Bujaka!” z „Rozmów kontrolowanych” – filmowego hołdu dla reżysera – pewnie wzbudza uśmiech wtajemniczonych w kulisy tamtych wydarzeń.

Bohaterowie Barei, z jednej strony bezwzględni cwaniacy jak prezes Ochódzki z drugiej zagubieni i osaczeni szaracy jak nauczyciel Filikiewicz z „Nie ma róży bez ognia”, dzisiaj są naszymi przewodnikami po PRL. Bareja podał realny socjalizm w wesołym sosie komedii, nie przypuszczając jak trwałe okażą się jego filmy. Otwarte pozostaje pytanie czy śmieszą nas z nostalgii czy dlatego, że po prostu są bardziej aktualne niż sobie z tego zdajemy sprawę.

Wiedzę czerpałem z:

Maciej Replewicz, Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła, Poznań 2009.

http://www.bareja.republika.pl

Otagowane , ,